Sopot!

Sopot!
Jak co roku w wakacje wyjeżdżam nad Bałtyk. Na przekór niepewności, którą niesie ze sobą pogoda, tłumom brzuchatych facetów w białych skarpetkach i plastikowych klapkach, na przekór cenom high sezonu szalejącym w naszych kurortach bardziej niż w zachodniej Europie.
W co się bawić latem  to trudne pytanie kiedy ma się dzieci w wieku szkolnym.  Jak w polityce brakuje jednoznacznego kandydata, tak w domowym referendum brakuje mocnego zwycięzcy, odpowiedź wyłania się w drodze mozolnej eliminacji słabszych konkurentów…..

 

Dawniej nerwowo analizowałam potencjalne destynacje, czekając  na asa , którego miałam nadzieję znaleźć w rękawie w ostatniej chwili.  Z uporem godnym lepszej sprawy . Od dziesięciu lat ze zmiennym szczęściem jeżdżę jednak nad polskie morze i udało mi się wypracować całkiem atrakcyjną wakacyjną formułę.
Sopot. Polskie Saint Tropez. Z elegancką mariną, plantami przypominającymi moje ulubione krakowskie, klubami i  restauracjami, legendarną elewacją Grand Hotelu i kultowym klubem tenisowym. Sopot jest cudowny. Architektura nie epatuje polskością, jednak szczerze mówiąc zachwyca mnie jej uroda nawet jeśli germańska. Nazwiska bardziej niemieckie niż polskie przypominają zmienną historię miasta i jej wybitnych obywateli,  podkreślając historyczną jedność Europy. W Sopocie czuję się jak w Krakowie. Plac Haffnera to Rynek północy, codziennie spotykam znajomych przechadzających się na lub z Mola, po kilku dniach znam już aktualny repertuar  współczesnej  Comedii dell Arte i wiem, że atrakcję dzieci czyli człowieka-Puchatka zastąpił człowiek- Spiderman.  Samochodziki, strzelnica, wata cukrowa, gofry – wychodząc na spacer należy mieć spory zapas pięciozłotówek – wszystko  po 5 zł, z wyjątkiem Mola – 5.50.

 

 

Atrakcji jest wiele, zgodnie z zasadą dla każdego coś fajnego. Miasto naprawdę się stara, aby oferta była ciekawa także dla bardziej wymagającego wakacjusza. Doceniam to w pełni.  Np. Kino Letnie. Codziennie na Molo wieczorem po zachodzie słońca  można oglądać  przeboje światowego kina, anonsowane ogólnodostępnym programem. Otulona kocykiem, nierzadko w szaliku i czapce nadrabiam zaległości roku ciesząc się jak dziecko niesamowitą aurą pleneru potęgującą filmowe wrażenia. Wracam rowerem zahaczając o kieliszek wina na dobranoc i z zachwytem obserwuję passegiata ubranych wieczorowo tłumów spieszących się na imprezę  w którymś z licznych  klubów. Mam wrażenie że Sopot  latem never sleeps. Za dnia jest plaża, ale uwaga- konkurencja jest niebywała! Stężenie długonogich blond piękności i umięśnionych kulturystów znacznie przekracza normy dopuszczalne na metr kwadratowy. Najsilniejsza kadra stacjonuje w Zatoce Sztuki, klubie powołanym do … paraartystycznej działalności. Życie zweryfikowało Sztukę i zwyciężyła Sztuka Życia. Wizyta na plaży Zatoki to oprócz możnych wrażeń dużo  przyjemność, pięknie zaaranżowane plażowe meble, klubowa muzyka life miksowana przez dyżurnego didżeja i wykwintne menu serwowane przez seksowne kelnerki. Wszystko pod brandem Moët&Chandon lub innej upmarketowej marki. Ibiza się chowa.
Dla miłośników sportów jest Kusznierewicz, Paszke i żeglarska ekstraklasa plus tenis w równie ambitnym wydaniu. Do tego rowery, biegi po plaży i ewentualnie wyprawy na Hel w poszukiwaniu szczęścia na windsurfingu i kajcie. Polecam tramwaj wodny. Powrót samochodem z Helu może zepsuć najlepszy nastrój. W kwestii transportu od weekendu majowego Warszawę i Sopot łączy autostrada. Jesteśmy w królestwie rozrywki w 3,5 godziny. Kolejny plus.